Miejsce międzyludzkiej troski, które koi.
Oto rytuał przejścia: od spokoju życia do spokoju śmierci.
Fascynujące miejsce.
W zimnolękliwej atmosferze dojrzewają śmierci.
Rośnie najbardziej ludzkie z przerażeń.
W szpitalu na pewno rodzi się bóg,
rodzi się ze śpiewu nadziei w żyłach - chcę żyć!
Ja chcę żyć! Nie wszyscy wyrażą to głosem,
nie wszyscy powiedzą to otwarcie;
ci, którzy w odruchu godności zaprzeczą
- będą jednak z dziecięcą wiarą łykać leki,
prosić o poradę i krzyczeć: nikt się o mnie nie troszczy.

Kto?

Przerażenie, bezradność, źródło miłosierdzia.
I choć chcesz wyć i płakać, idziesz, załatwiasz.
To jest siła życia, siła trwania. Smród jedzenia,
gęstego jak chęć istnienia: kapusta, ziemniaki,
kompot, gliniaste pulpety z mielonego mięsa,
ale - jak w domu - podane przez kobiety i to się
liczy.

Milczę.

Mężczyźni robią się weseli, żartują, przekomarzają się.
Ich włosy w nieładzie, ich zarośnięte, niedogolone twarze
wskazują na brak żon, matek, więc codziennej troski,
dlatego, gdy wynoszą resztki jedzenia, ich nasycone oczy
patrzą na krępe zadki pielęgniarek.

Wpadnę pojutrze, pogadam z lekarką. Do widzenia, tato.

Podobne wpisy

  • Dzień zakonnic

    jadę ohydnym autokarem do Kętrzyna,podróż wlecze się godzina za godziną,jest wstrętnie, brudna pogoda razizza obszczanej szyby. mam wzwód,członek sterczy mi pod książką,metr pięćdziesiąt od zakonnicy,która zasypia nad brewiarzem;z mojego miejsca wygląda jak Darth Vader,bohater „Gwiezdnych Wojen”,więc to nie z jej powodu jestem napięty,myśli jednak biegną po swojemu,zaczynam sam siebie pytać:kto jest po ciemnej stronie mocy?,czy…

  • Kępiński dixit

    Odkąd mam takie pomarszczone dłonie?Jak stare pomarańcze, które zapomniane leżą na parapeciew kuchni.Kiedy zmieniły się w plątaninę bruzd?Co oznaczają te fioletowe żyłki,których tu nie było?Antoni Kępiński napisał, że studium dłoni jestczasem trudniejsze niż sztuka portretu.Nie umiem rysować, dlatego muszę pisać:paznokcie, skóra, żyły, ścięgna, włoskii niewidoczne, lecz wyobrażalne, kości.

  • bezsenność

    śnieg spadł i wylazło wszystko,bloki sterczą za oknem odciętą szarością,ulica świeci nie swoim światłem i nie ma nieba więcejniż było.chciałbym to wszystko przewietrzyć.napowietrzyć to wszystko od nowa.błoniaste wyrwać milczenie,narośle godzin i minut.to nie kłuje, nie piecze, nie boli,nie ma prostej, znaczącej struktury,to narasta mdłościami, cierpkim smakiem w ustach,i jak oddech nieświeży faluje.

  • * * * [gdyby wszystko]

    gdyby wszystkomiało się dobrze skończyć,gdyby porankijak nowonarodzone dzieci,śliskie od krwi i płynu owodniowego były,gdyby ostatni momentratował przed nieuniknionym końcem,gdyby ulicebiegły zawsze ku świątyniom pełnym boga,gdyby głos,który mówi: witaj, żegnaj,odnawiał jak muzyka sfernie byłobytego co jestnie byłoby tegoco jestnie byłoby tego cojest